Cóż… dzień ładny. Wieczór też niczego sobie. Tylko że wszytko jest ciągle takie samo. Wstaję, myję zęby i zaczynam myśleć. Jem coś… albo i nie i znów zaczynam myśleć. Robię coś mniej lub bardziej sensownego… natłok myśli. Obiad, kolacja, znajomi, praca… cokolwiek, ale później znów przesycone szare komórki rozrywają moją czaszkę od środka prąc i pracując nad odrobiną potencjalnego szczęścia, które mogłoby mnie spotkać… robią wszytko, aby rozwijać i pielęgnować ból wynikający z braku sensu i monotonii życia i jaźni zamkniętej w ograniczonej puszce w górnej części czegoś, co potocznie nazywa się głową. To właśnie w niej toczy się nieustanna wojna pomiędzy mną i mną… i im bardziej wygrywam, tym bardziej jestem przegrany, tym mniej mi się chce i tym dalej wydaje się być światełko tlące się gdzieś na skraju tunelu. Siedzę w nim za karę. Nie ma wyjścia ani wejścia. Skąd tu się wziąłem? Czy aż tak zawiniłem? Czy można z niego wyjść wcześniej za dobre sprawowanie? Czy to światełko na mnie czeka, czy tylko się ze mnie śmieje? Są nawiedzeni ludzie, którzy twierdzą, że to ni tunel, tylko życie, że można je przeżyć dobrze i z klasą, przy czym każdy rozumie to inaczej. Ludzkość generalnie bardzo przywiązała się do doczesnego (i mam nadzieję ostatecznego, jedynego i niepowtarzalnego) bytu. Tak bardzo się przywiązała, że zaczyna się dusić… coraz bardziej brakuje jej tchu, coraz mnie powietrza powoduje coraz to nowsze wizje o cudowności i nieskończoności bytu – jego mutacjach, reinkarnacjach i pięknie. To wszystko to złudzenie – steruje nami mózg, bezwzględna i wyrachowana maszyna szkicująca swoją rozmytą logiką coraz to nowe scenariusze i wmawiająca nam, że twór tak abstrakcyjny jak sens – istnieje. Poddaje nam coraz to nowe powody do wiary w niego i jego… sens. Religia, bogactwo, wiara (nie mylić z religią), nadzieja, miłość… to wszytko ułuda – bezcenne nieużytki, wartości bez wartości, woda na młyn chorej wyobraźni.
A ja bym chciał inaczej. Nie czuć, nie myśleć, nie kochać, nie mówić, nie jeść, nie chodzić, nie pisać… NIE BYĆ. Zamiast być nikim – chciałbym po prostu nie być – wyjąć wtyczkę i zgasnąć
nikt.