Być albo nie być…
Jestem… i co?.. coś z tego wynika?… coś to zmienia?… nic. Wieeeelkie: NIC!

TFUrczość własna... zeszytowa.
Powoli egzystujemy sobie w świecie, w którym oprócz szkodniczej działalności człowieka nic nie wskazuje na to, abyśmy przedstawiali sobą jakąkolwiek wyższą wartość. Nic nas nie wyróżnia… no może mamy więcej komórek mózgowych niż inne gatunki… zamiast 4 używamy 2 nóg i zamiast dążyć do prokreacji zabezpieczamy się przed nią…. poza tym – czysta biologia z dodatkowym balastem w postaci tzw. abstrakcyjnego myślenia. I po co to… na co?… czy to komuś pomaga?… czy jest na ziemi jakikolwiek inny gatunek, który by tak prostą ścieżką dążył do samodestrukcji?… czy jakikolwiek inny organizm do życia potrzebuje tyle zbytków… tyle śmieci, technologii, polityki, kłamstw, obłudy i zabijania?… Czy jest na ziemi inne stworzenie, którego przedstawiciele tak często sami sobie odbierają życie?… to pewnie ze szczęścia…
Podobno stworzeni jesteśmy na obraz i podobieństwo...
Kogoś… czegoś… bo w zasadzie nikt tak naprawdę nie wie – kto lub co to jest w zasadzie ten cały Bóg. No cóż… jeśli rzeczywiście jest, to musi mieć wyjątkowe poczucie humoru – to już nie satyryk… to satyr! Osobiście go nie znam – ani mi się nie przedstawił… ani nawet listu nie wysłał z gratulacjami narodzin… choć ponoć to Ojciec… Nooo… ale za to w prezencie wszyscy dostaliśmy na „Dzień Dobry” mały prezencik… upominek od Tatusia: grzech pierworodny. W zasadzie co to jest?… tak naprawdę tego do końca nie wiadomo (choć są tacy, którzy po ubraniu czarnych szlafroków twierdzą, że wiedzą) – ale na pewno ma to związek z kulturą agralną, a konkretnie: z sadownictwem.
A więc tak… Pewnego pięknego popołudnia (bo dlaczegóż by nie) przemęczony jegomość o dziwnie brzmiącym określeniu (bo przecież to chyba nie imię): Bóg postanowił zakończyć swoją niemal całotygodniową pracę jakimś pikantnym akcencikiem, więc przed wypoczynkiem stworzył niejakiego Adama. Wcześniejsze dzieła wydały mu się być bez wyrazu, troszkę zbyt mdłe… takie – niby udane, ale bez polotu. Wszystko ładnie działało, kręciło się jak trzeba a dotychczasowe stworzenia bez zająknięcia i rutynowo wykonywały swoje zaprogramowane codzienne czynności. Roślinność także była niezawodna (wegetacja zresztą udała się jemu chyba najlepiej)… brakowało tylko tego czegoś – akcentu wieńczącego dzieło i wprowadzającego nieco dysharmonii, pewną dawkę niepewności i humoru… czegoś śmiesznego… czasem głupiego… nie do końca przewidywalnego – takiej…hmmm…. rozrywki dla Bogów (bo dlaczegóż miałby być tylko jeden?… nie będziemy mu przecież towarzystwa żałować!) – i stworzył człowieka, już wcześniej wymienionego z imienia: Adama. Zaopatrzył go w pokaźny, aczkolwiek w większej części bezużyteczny narząd i umieścił go na samej górze konstrukcji. Wcześniejsze jego dzieła także posiadały podobne jednostki funkcjonalne, jednakże tutaj Bóg w swojej wspaniałomyślności dał duże pole do popisu przypadkowi, dzięki czemu stworzona sieć neuronowa zyskała zupełnie nowy wymiar i dawała nieograniczone wręcz możliwości manipulacji jednostkami osobowościowymi. Po zaimplementowaniu podstawowego systemu operacji instynktownych dodał mały, aczkolwiek bardzo złożony pod względem logicznym moduł abstrakcji. Moduł ten jest inaczej zbudowany w każdym egzemplarzu, dzięki czemu każdy następny jest inny… i nie należy tu mylić słowa „inny” z „doskonalszy”, bo o tym nie ma mowy!
Ale wróćmy do tematu – powstał Adam. Inne zwierzęta robiły wszystko zgodnie ze swoją budową i instynktem – jadły, spały, rozmnażały się, a czasem polowały. Podobnie było w królestwie roślin… jednak człowiek, to zupełnie inna historia.
„Adamie, stworzyłem cię na obraz i podobieństwo moje” – tak brzmiał prawdopodobnie pierwszy komunikat skierowany do nowowyprodukowanego stworzenia. No cóż…(…) (tu miało być coś zupełnie innego, ale ze względu na ew. narcystycznych czytelników wolałem się powstrzymać od prowadzenia dywagacji zmierzających w tym kierunku). Tak czy inaczej ciekawe jest to stwierdzenie i zastanawia mnie – której części naszego stworzenia ono dotyczy. Bóg generalnie ciała chyba nie ma, więc zapewne obce mu są także nasze ręce i nogi. Percepcja raczej u niego jest pozazmysłowa, więc nie rozumiem skąd u nas uszy, oczy węch, dotyk… itd. No i… prokreacją się raczej nie zajmuje, bo bez materii to marnie wychodzi, ale Adama w narządy wszelakie wyposażył – zarówno na ciele, jak i w umyśle (i to w instynktach podstawowych!).
No dobrze, ale znów zboczyłem z tematu. A więc postawił tego niejakiego Adama pod drzewem, a była to jabłoń (ponoć z owocami). Poinformował go o regulaminie obowiązującym w „Raju” (tak nazwał ziemię) wszelkich przywilejach i prawach… i jak w idealnej umowie o „ubezpieczenie na życie” gdzieś… drobnym druczkiem, cichym, acz słyszalnym głosikiem wprowadził dodatkowe ograniczenia w używalności otoczenia …i samego siebie.
W międzyczasie do towarzystwa stworzył Adamowi Ewę – lepszą, aczkolwiek bardzo często niedocenianą połowę ludzkości. Wyposażył ją we wszystko co trzeba – fizycznie była o niebo bardziej atrakcyjna od modelu pierwotnego, a i narząd górny o którym wcześniej napomniałem (tzw mózg) również nie odbiegał funkcjonalnie od pierwowzoru… nawet pod pewnymi względami (jak np. skomplikowanie układu) go przewyższał. Postawił ich przed sobą i poiformował: Macie tu „all inclusive”… ale wara od jabłek! Cóż… każdy wie, że naturalną cechą człowieka jest ciekawość, a jeśli jeszcze ktoś czegoś zabroni, to wiadomo, że kusi po stokroć bardziej. Tak więc celowo zasiane ziarno ciekawości zaczęło kiełkować… Do tego wszystkiego wkradła się osobistość w postaci szatana ukrytego pod postacią węża… ale nie bądźmy aż tak obłudni – ten szatan to nic innego, jak nasza natura i skłonności w które wyposażeni zostaliśmy przez nikogo innego jak przez niejakiego Boga, który z kolei zabronił nam z tego korzystać…. śmieszne? – dla Boga pewnie tak…. dla nas nieco mniej. Poczucia humoru jak widać nie można mu odmówić – pozostaje tylko kwestia gustu i poczucia smaku, a tego chyba mu brakuje.
Wracając (ponownie) do tematu: Teorie są różne – jedni mówią, że chodziło o jabłka… inni (wersja dla dorosłych), że o sex… tak czy inaczej zostaliśmy celowo „wpuszczeni w maliny” …i to całkiem nago – to musiało boleć!… Wygnani z raju mnożyliśmy się mnożąc nasze wady, obarczeni absurdalną winą i idiotycznymi ograniczeniami przekazywaliśmy nasze geny, lęki, frustracje i niedoskonałości kolejnym pokoleniom… aż po dziś dzień…
Czy Bóg istnieje?… czy istniał… czy w ogóle jest coś poza rzeczywistością?...
Nie wiem, ale szczerze mówiąc – mam nadzieję, że nie. Nie chcę po śmierci znów przeżywać rozczarowania i cierpieć za wady konstrukcyjne lub chore poczucie humoru jakiegoś niezrównoważonego kreatora. Egzystencja mnie przytłacza i wcale jej nie chcę… Gdybym miał pewność, że później nie będzie już nic – poszedłbym na to… Czasem myślę, że to jak zamknąć oczy i zapaść w sen… tak głęboki… tak nierealny, że nieistniejący. Pustka. Nicość. Brak. To jest to czego potrzebuję… Uczucia są przereklamowane, a bez nich nie potrafię żyć… a skoro tak… to dlaczego by nie?… a no dlatego, że nie ma pewności, że później też czegoś nie będzie… albo co gorsza jakaś forma reinkarnacji – koszmar!!! …no chyba, że można się permanentnie cofnąć – na przykład do poziomu dżdżownicy… ona chyba za dużo nie myśli?…. i pewnikiem za życia nie odmawia sobie uciech w imię jakiegoś absurdalnego systemu wartości, gdzie kariera, pieniądze i władza są afrodyzjakiem i sensem życia a niejednokrotnie zastępują czułość, godność, uczucia… i sex… bo wbrew chorym teoriom głoszonym przez rzesze czarnych guru i nawiedzonych mocherowych owieczek i baranów pchających się nam do łóżek z przykazaniami jest to to… co może łagodzić obyczaje, dawać radość i czystą przyjemność… a dzięki różnym demagogom, systemom społecznym, religiom i bezsensownej pogoni za zbytkami staje się on narzędziem do manipulacji, drogą kariery, zbędnym balastem lub obsesją… Dlaczego nie umiemy dawać?… Dlaczego nie chcemy dawać?… Do czego to prowadzi?… Konsumpcjonizm – cecha coraz bardziej charakteryzująca człowieka. Przestajemy być ludźmi – zaczynamy być tylko konsumentami. Konsumujemy dobra, konsumujemy uczucia, sztukę, sex, wiarę… przestajemy czuć! Boimy się bliskości. Zamykamy się w 4 ścianach i przed ekranem komputera hołdujemy anonimowość w miliardowym tłumie podobnych sobie, samotnych konsumentów, którzy dawno już zapomnieli czego im tak naprawdę brakuje… czego tak naprawdę pragną – wiedzą tylko czego chcą. Tak podobne słowo… tak bliskie znaczenia a jaka dzieli je przepaść… Zrobiliśmy tabu z Miłości, i Czułości, a hołdujemy pazerności, próżności i obłudzie. Pieniądz stał się celem sam w sobie, uciechy chwilowe stają się potrzebami podstawowymi… to jakaś paranoja! Pozbawiając sex czułości zrobiliśmy z niego towar… wulgarny i obrzydliwy, nie mający nic wspólnego z bliskością towar… I nie ma znaczenia kto: politycy, księża, prostytutki (zarówno męskie jak i żeńskie), biznesmeni, żony, mężowie, artyści… niemal wszyscy! Nawet słowo „kochankowie” nabrało obskórnego znaczenia, a przecież to jest coś pięknego… coś, co łączy dwoje ludzi i dopełnia uczucie – nie ważne, czy to miłość, sympatia, przyjaźń… nie ważne czy płeć się różni, czy nie… dajemy komuś siebie… nie bierzemy, nie sprzedajemy, nie korzystamy – dajemy!… Sex jest piękny, gdy wiąże się z pozytywnym uczuciem, bezinteresownością i czułością… nie ma w nim agresji i wsłuchujemy się w siebie wzajemnie… i paradoksalnie w tym wszystkim wcale nie jest najważniejszy sam sex… Dlatego – czerpmy przyjemność dając drugiej osobie swoje uczucie poprzez dotyk, pocałunki, pieszczoty i wszystko czym chcemy uszczęśliwić drugą stronę… w zamian otrzymamy to samo… i nie biorąc nic zostaniemy obdarowani ponad własne oczekiwania rozkoszą i doznaniami, których nigdy nawet nie skosztuje konsument. Cóż dodać?… Kochajmy się!… uczuciowo i fizycznie, delikatnie i namiętnie… na całego!… ale szczerze. Zapewne, gdyby nie normy jakimi jesteśmy karmieni nie byłoby tyle dewiacji i ran… ale przecież najłatwiej manipulować ludźmi za pomocą najbardziej podstawowych potrzeb, z dołu tzw. piramidy potrzeb. Podziękujmy więc naszym mentorom, papieżom, przywódcom duchowym i politycznym i innym domorosłym manipulatorom za nasze problemy emocjonalne, nerwice i natręctwa… DZIĘKUJEMY
____________________________
W dniu dzisiejszym po raz kolejny dokonałem tego samego odkrycia: Jestem nieprzystosowany do życia. Jestem bublem genetycznym napędzanym wątpliwościami i niepewnością siebie kamuflującym to uśmiechem, nadmierną ekspresją, ekshibicjonizmem i pozornym rozbujałym ego. Jestem małym człowieczkiem, który dążąc do sukcesu cofa nogę przed ostatnim krokiem… jestem nieszczęśliwy, gdy jestem szczęśliwy i dlatego jestem nikim…. i jest mi z tym źle – więc chyba jest mi dobrze…